Każda Sunia powinna trzymać się z dala od mainstreemowych pozycji dotyczących BDSM i pewnie dlatego dałam się wciągnąć w historię Grey’a i Anastasii…

Książka jest miła w czytaniu i bardzo porywająca. Koniecznie muszę zaznaczyć, że czytałam oryginał, bo pewnie ze względu na tłumaczenie pewne zagadnienia mogą być inaczej rozumiane.

50 shades nie uczy BDSM i nie pokazuje takiej relacji. Pokazuje co się stanie, jeśli Pan spotka kobietę, z której chce zrobić sunię. I historia jest ciekawa. Momentami tak „poprawna” i hołubiąca tradycyjne wartości, że aż rozczarowuje, a czasami tak odległa od rzeczywistości, że aż zabawna w swojej naiwności.

I o dziwo morał z historii nie brzmi zostań sunią i dołącz do „sub club”. Morał z historii brzmi bądź dzielną i pewną siebie kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Bądź odważna i krzycz głośno o tym, co Twoje. Równocześnie bądź gotowa iść na kompromis, ale ustępstwo za ustępstwo. Żadnej uległości. Równy z równym. A jeśli już wygrasz swoje szczęście ofiaruj się Panu, ale na swoich zasadach.

Było ich 15. Wszystkie dały mu to czego pragnął i ona jedna dała mu to, czego sądziła że pragnął i wzięła to, czego sama potrzebowała. I wygrała, ale mam nadzieję, że prawdziwy świat to nie książka i w nim również Sunie mają szczęśliwe zakończenia.

Ponadto pojawia się kilka zagadnień, z którymi spotykamy się w życiu codziennym i okazuje się, że Anastasia myśli jak ja, ma podobne obawy i strachy. A  o niektórych potworach z szafy lepiej nie wspominać.

Współczesna bajka, która uczy. To chyba wystarczający warunek, żeby przeczytać książkę, jeśli jest przy tym wciągająca.