Po co te wszystkie gospodynie domowe, brzydkie, grube i nieuczesane czytaja Greya?

Czas tracą zamiast posprzątać i pozamiatać ładnie… Choć co pilniejszym należy sie chwila przerwy po dobrze ugotowanym obiadku… pomiędzy odkurzaniem a zmywaniem, a niech mają coś dla siebie.

Ale po co karmić się taką fikcją? Nierealnymi bzdetami, które tylko udają, że może być inaczej. Mamią tym, co nie może się wydarzyć.

I sprawiają, że jeszcze mniej ma się siły i chęci i wiary w to wszystko, w szczęście… w uczucia.

Lepiej czytać książki kucharskie i gotować lepsze obiadki i smaczniejsze i może partner się uśmiechnie i będzie bardziej romantyczny, a nie takie bzdury, które wwiercają się w głowę i sprawiają, że chce się dalej i dalej czytać o Anie, o tym jak ktoś ją odkrył. Jak dał jej wszystko o czym tylko marzyła i nie musiała się o nic martwić… tzn. martwiła się… czy nie za drogi samochód dostała? czy na pewno chce z nim być? czy mac book i komórka od niego nie za bardzo ją osaczają?

A ona sama jedna: miała przeciętny wygląd, przeciętne ciuchy, przeciętne zadbanie i przeciętną sytuację finansową. I teraz każda gospodyni domowa- taka przeciętna marzy, że na nią też czeka Grey…

Drogie Panie, Ana z książki jest młoda, szczupła, dziewicą mieszkającą w Stanach.

Pozostaje doczytać do końca i pamiętać by nie przypalić ziemniaków…